POLNOC ZIMBABWE 2011

maj 26th, 2011

Ngoma. Samo to slowo jest jak uderzenie bebna. The Royal drums. niezwykle cenne, pozostaja w ukryciu. Swiatlo dzienne widza bardzo rzadko, podczas plemiennych rytualow czy uroczystosci.
Ten najwiekszy jest tak ciezki, ze trzyma go dwoch mezczyzn, zeby ten trzeci mogl na nim grac.
Nasza wizyta jest dla nich takim wydarzeniem, specialna okazja – dowie sie o niej cala okolica.
Wita nas pochod mezczyzn grajacych na piszczalkach zrobionych z rogow antylop i kobiety klaszczace rytmicznie. Po jakims czasie cala wioska zbiera sie w cieniu ogromnego drzewa mango. Piszczalki, grzechotki, bebny – dzwieki mieszaja sie ze soba, tworzac afrykanski zgielk radosci. Wszyscy wiruja w tancu.
Po powitaniach sedziwy czarownik zaprasza nas na swoje wrozby. W zrozumieniu jego slow pomaga moj przyjaciel i tlumacz Vincent. Z wrozb wracamy zdumieni i zamysleni. Skad ten czlowiek wiedzial o nas tak duzo? Przeciez widzial nas pierwszy raz w zyciu. Wracamy troche odmienieni pamietajac slowa witch-doctora, – Nie wszystko w zyciu mozna wykalkulowac i obliczyc, trzeba baczniejsza uwage zwrocic na to, co jest poza tym.
Co mial na mysli, kazdy z nas odkrywa po swojemu.

Zdjęcia !

fot. Irena i Przemek Lisowscy

[+] więcej zdjęć Read the rest of this entry »

Kwiecień 2010

maj 31st, 2010

Jadę
z polsko-hiszpańską grupą lekarzy, nasza trasa zaczyna się w Harare, Zimbabwe – gdzie z ulgą widzę zmiany na lepsze. Wprawdzie nie ma jeszcze lokalnej waluty, obowiazują usd lub randy, ale nie ma tej legendarnej 40 000 000 % inflacji, nie będziemy więc musieli chodzić z reklamowką pieniędzy do baru. Sklepy są pełne, jest benzyna i coraz więcej nowych miejsc do spania w dobrych warunkach – co jak wiem ma kluczowe znaczenie dla jakości podróżowania.To tutaj można podziwiać majestatyczne Balancing Rocks, skały wyglądające jakby były zatrzymanymi w ruchu, ręka Boga, kulami bilardowymi.

.

Kierunek
wschód do Mutare gdzie przekraczamy granicę z Mozambique. Jedziemy do Beiry, wiekiego miasta leżącego na plaży Oceanu Indyjskiego. Tam czeka kąpiel w ciepłych falach i smakowite grillowane owoce morza wyławiane na naszych oczach.

.

Nieopodal

zaskakuje widok radzieckiego czołgu T-34 , pamiątki z czasow wojny domowej. To jest dowód że wojne wygrali skrajni marksiści FRELIMO, którzy rządza aż do dzisiaj.

Odwiedzamy osławiony Hotel Grande, w czasach kolonialnych najbardziej elegancki hotel w całym południowym regionie Afryki. Dziś zrujnowany squat – zamieszkany przez ponad 5000 mieszkańców. Na liszajowatych ścianach wiszą plakaty wyborcze FRELIMO – Razem do bogactwa i sprawiedliwości. To jest Afryka.

.

Po
kilku dniach wracamy do Zimbabwe i mkniemy autobusem na dalekie południe. Najciekawsze turystycznie miejsca tego kraju, ruiny Great Zimbabwe, Bulawayo, Matopos. Wreszcie to, na co wszyscy czekali – kilkudniowy pobyt na wsi plemienia Batonka. Prawdziwa Afryka, o której wszyscy marzyli. Wokół niekończący się busz, we wsi chaty opustoszały. Wszyscy zgromadzili się w cieniu wielkiego drzewa mango i goszcza nas tak jak wieki temu, uderzając w tam-tamy i tancząc dają wyraz radości ze spotkania. Jeszcze wyprawa do gorących źródeł, gdzie kąpiel tradycyjnie bierzemy podzieleni na grupy żenską i męską. Tabu musi być zachowane.

.

Zdjęcia !

Olbrzymie Balancing Rocks, przy nich człowiek to pestka.

[+] więcej zdjęć

Read the rest of this entry »

Witaj Afryko

listopad 5th, 2008

Mieszkamy w wiosce. Gliniane, okrągłe chatki kryte i wypłowiała od słońca trawa.

Wokół wszędzie spękana, wysuszona ziemia koloru ochry,

kolczaste krzaki akacji i nadęte baobaby.
Na niebie biała, parząca kula ognia – słońce.

Od kilku lat w tym rejonie Zimbabwe trwa susza.

Na marnych poletkach nie rośnie prawie nic.

Jest sierpień.

Pora deszczowa nadchodzi dopiero w listopadzie.

 

- This is African life. Very hard. – mówia wszyscy wokół.

 

Nasz promiennie uśmięchniety gospodarz Vincent, i jego żona Susan.
W ich słowach nie ma pretensji, żalu czy choćby cienia gniewu.

Ot, takie zwykłe afrykańskie pogodzenie  z tym co wokół,

z tym co jest i tym, co nadejdzie.
I tylko oczy czarownika sa inne. Jakby przygasłe, zamglone troską.
Może on jedyny, wtedy w upalnym sierpniu przewidział grozę

nadchodzącej w tym roku pory deszczowej.

Być może przeczuwał , że to nie będzie wybawienie,

życiodajny deszcz lecz kolejny kataklizm

i nieszczęście w życiu Batonka.

 

- Big hunger will come - mamrotał potrząsając siwą, kedzierzawą głową.

Miał rację, o czym przekonałem się pare miesięcy póżniej.
Pora deszczowa w 2008 uderzyła z zaciekłością leoparda.

Deszcze zbyt gwałtowne, zbyt ulewne wypłukały posiane,

z takim trudem zdobyte ziarno kukurydzy.

Wysuszone poletka w mgnieniu oka zamieniły się w

sadzawki pełne błotnistej, mętnej wody.

 

- This is Africa. – powiedzą pewnie Batonka, kiedy ich znów odwiedze.

 

- It is a hard life, but we are alive. – I znów ten uśmiech, ten spokoj

i ślepa wiara w lepszy los, który pewnie czai się za horyzontem…

Kiedyś nadejdzie.

Zdjęcia: AGNIESZKA TERMANOWSKA

Dom Joshua, miejscowego VIPa – gwiazdy futbolu i syna naczelnika wioski.

Gra naprawde nieźle, mimo braku butów i skórzanej piłki…

[+] więcej zdjęć Read the rest of this entry »